sobota, 13 grudnia 2014

Amerykańskie Christmas

Zaczynam się zastanawiać co stało się z tym duchem amerykańskich świąt, gdzie cała rodzina spędza wspólnie czas w domu przy choince czytając opowiadania o kochanym Santa Claus...

...

Chyba odjechał swoim tirem z coca-colą daleko na biegun północny i nie ma zamiaru wracać zbyt szybko.
A dziewczynka w oknie czeka.

Nie przesadzę mówiąc, że w tutejszych świętach chodzi głównie o prezenty. Kupione szybko, na amazonie w parę minut, odhaczone z check list.
Done.
That's it.

Ponadto mają wszystko więc nie wiedzą jakie prezenty sobie kupować.

Wyścigi w strojeniu domów, wolontariat uprawiany w Westchester polegający na pokazaniu swojej hojności w momencie, kiedy widzisz jak w domach jedzenie jest wyrzucane, a kurtka kupiona (NA PRZECENIE) kosztująca (juz po) 900$ jest tematem dnia... 
Seriously?

Dla porównania z tym z czym mi kojarzą się święta:
  • roraty, lampiony, czas oczekiwania.
  • kalendarz adwentowy (tu też jest, tylko polega to na wcinaniu czekoladek do czasu prezentów),
  • choinka ubierana możliwie przed świętami (tu ubierana tydzień/dwa po święcie zmarłych -SPROSTOWANIE- po Halloween),
  • karp, barszcz i uszka!!! (krab- nie żartuję),
  • pasterka (nocka Santa Clausa),
  • Pierwszy dzień świąt- bigos, prezenty (TU: prezenty),
  • śnieg ( 0 śniegu- nie ich wina, ale cóż....),
  • Ferie zimowe- sanki, odpoczynek (TU: wylot na wyspy koło Meksyku... nie żeby coś),

Ale teraz o fajnych akcentach.
Elf on the shelf.
U mnie z trójki chłopców tylko jeden w niego wierzy.
Nie powiem, ma to swój urok.
Elf codziennie zmienia miejsce, patrzy, słucha po to, żeby potem o wszystkim opowiedzieć Świętemu Mikołajowi. Nasz nazywa się Joy.
Nie wolno go dotykać, bo straci magiczną moc, każda rodzina ma innego, ale wszystkie zachowują się tak samo.

Mały szkopuł. Pytam dziecko:
Ja: A skąd go macie? 
Dziecko: No jak to skąd? Ze sklepu.
Ja: I każdy tak działa?

Dziecko: Najpierw musisz podpisać umowę z Mikołajem, a potem działa.


Jedyne co mnie zdziwiło to ten sklep. Ale to już mój problem.
Ogólnie przed świętami wygląda tu całkiem przyjemnie.

W mieście wygląda tak:

A teraz przygotujcie się na totalny amerykański kicz...


....


gotowi???

Tak......
Mikołaj, elfy, palmy, choinki ze sztucznym śniegiem i MENORA.

Ludzie, nie bądźcie rasistami!
koszmar... zero wyczucia or whatever.
no i lodowisko za oknem.
A parę minut wcześniej tańczyli twista rodzinnie zaraz obok okien.

Dla mnie bomba. Robię zdjęcia i dobrze się dzięki nim bawię :D



A na koniec coś strasznego...



NUTCRACKERS!!!!!!!!!!!!!
Straszne ozdoby stawiane na schodach... 
Tragedia.
Prawie jak krasnale w ogrodach.

I JUST DON'T GET IT.

wtorek, 2 grudnia 2014

Bar-mitzvah

Zatytułowałam ten post "Bar-mitzvah" zgodnie z nazwą tej uroczystości, ale zastanawiam się czy nie lepiej byłoby napisać "wielkie party w stylu Westchester...

Ponad 200 osób, wielgachny, ogrzewany namiot, DJ`e, kucharze, barmani, kelnerzy, popcorn, wata cukrowa, krewetki, przekąski, zakąski, główne dania, desery... standing/sitting party, fotografowie, wszystko zrobione w stylu football`owym, prezenty dla gości, osobne łazienki na zewnątrz...

TOO MUCH.

Było super, nie powiem, ale to impreza dla 13-stolatka. Pewnie gdybym ja była na jego miejscu byłabym wniebowzięta.
Tak mi się przypomniały podczas tej imprezy moje 13-ste urodziny.
10 znajomych ze szkoły, tort, pizza. Dla mnie były to najlepsze urodziny na świecie.
Nie, chyba jednak pozostaję przy kameralnych przyjęciach.

Ale żeby nie być gołosłowną dodam z jedno/dwa zdjęcia. Jakość słaba, robione z ukrycia tajne/poufne,ale zawsze!




Dziś zdałam sobie sprawę, że mój prezent w postaci karty podarunkowej do kina chyba zniknie w tłumie cash`u, który solenizant dostał od rodziny/przyjaciół. Nevermind.
A właśnie! Odnośnie giftów. Sytuacja przedstawia się tak, że każdy na kartce urodzinowej podpisuje się pod życzeniami (oczywiście fabrycznie wydrukowanymi) i na dole wpisuje kwotę jaką umieścił w kartce. 

Co by tu jeszcze dodać...
Ogólnie bar mitzvah to przyjęcie organizowane z okazji 13-stych urodzin w rodzinach żydowskich. Chłopcy stają się po raz pierwszy "dorośli". Czekają tylko na 18-stkę. Dziewczynki mają Bat mitzvah. Dzień rozpoczyna się ceremonią w synagodze, gdzie chłopiec czyta, śpiewa wersety z Tory. Czasem pomaga mu w rym rabin. Rabin uzupełniany jest przez kantora, który śpiewa religijne pieśni. 

Bardzo piękna ceremonia pełna śpiewów i języka hebrajskiego. Mimo, że nie rozumiałam słów, było to bardzo ciekawe doświadczenie.

1.12...

Jest już pierwszy grudnia...
Właśnie do mnie doszło, że ten czas tu nie pędzi, ale ma jakieś turbo doładowanie!

Może nie minął jeszcze pełen miesiąc od mojego przyjazdu mimo to czuję,że chce podsumować to co do tej pory zrobiłam tutaj.

  1. Byłam na meczu amerykańskiego football`u i na TAILGATING (wytłumaczę co to potem).
  2. Odwiedziłam parę razy NYC.
  3. Zaczęłam uczyć się bachaty i zouku.
  4. Nauczyłam się korzystać z automatycznej skrzyni biegów.
  5. Przeżyłam spotkanie z LCC i pierwszy meeting z innymi au pair.
  6. Straciłam 250 $ przez internet.
  7. Poznałam główne drogi prowadzące do najbliższych miast.
  8. Byłam na Bar-mitzvah najstarszego z chłopców.
  9. Brałam udział w Thanksgiving i paradzie nowojorskiej z tej okazji.
  10. Wzięłam udział w Black Friday! szaleństwo.
  11. Straciłam poczucie czasu (patrz tytuł)
  12. Odkryłam, że oprócz Black Friday istnieje coś takiego jak Cyber Monday.
  13. Zapisałam się na kurs angielskiego.
  14. Przełamałam parę stereotypów.
  15. Byłam na lodowisku obok Rockefeller Center.
  16. Zjadłam dobre pierogi na Brooklynie.
  17. Poznałam parę wartościowych ludzi.

sobota, 29 listopada 2014

Thanksgiving

Szczelę drugiego posta, a co.
Naprawili mi internety po 2 tygodniach to mogę poszaleć.

Chciałam trochę napisać o tym charakterystycznym święcie obchodzonym co roku w listopadzie przez rzeszę Amerykan w Junajted Stejts of aMurika.
Nie wdając się w szczegóły chodzi o to, że kiedy pierwsi koloniści przypłyneli do Ameryki, nie mieli co jeść, a Indianie jako dobrzy ludzie pomogli im przeżyć. Z tego powodu co roku dziękują za pomoc uzyskaną przez dobrodusznych tubylców. Dzieje się to w każdy czwarty czwartek listopada.

Ale przejdźmy do rzeczy, czyli obecnego świętowania Dnia Dziękczynienia.
Każdego roku w NYC organizowana jest parada z tej okazji. Głównym jej sponsorem jest WIELKA firma Macy's, w której można kupić wszystko. 
Parada przechodzi przez całe miasto, wybrane ulice są zamknięte (trasa jest zmieniana co roku), ludzie tłoczą się przy bramkach, żeby zobaczyć platformy, wielkie balony postaci z kreskówek, filmów, marek firm(głównie Macy's). Jest zimno, Starbucks jest zatłoczony, na ulicach nie wsadzisz szpilki, a jeśli umówisz się z kimś na jakiejś ulicy to musisz określić po jakiej stronie stoisz, bo przed drogę wytyczoną dla parady przejść nie wolno. Trzeba skorzystać z subway, albo wykazać się umiejętnościami teleportacji.
Cała impreza trwa ok 3h (od 9 am do 12.30 pm).
Warto iść, ale większość Amerykan na to nie przychodzi, ponieważ:
  1. Uważają, że to dla turystów.
  2. Lepiej widać w telewizji.
Ja zaliczam się do turystów, więc OCZYWIŚCIE BYŁAM.
A oto parę zdjęć z tej uroczystości:






Widzicie te tłumy??? NIESAMOWITE.

No a potem udałam się na święto Dziękczynienia z moją rodzinką.
Pewnie w każdym Amerykańskim domu jest nieco inaczej, ale opiszę jak było u mnie.

  1. Posiadówa, chatting, kręcenie się pod nogami.
  2. Akward family pictures.
  3. Dinner- i tu uwaga-
  • indyk pokrojony na plastry,
  • zapiekane ziemniaki z marshmallows`ami, 
  • kawałki chleba z mięsem i cebulą... 
  • marchewka, cukinia i pieczarki - wszystko zmarynowane(masakra), 
  • słodkie ziemniaki... 
  • sałata z żurawiną, 
  • cottege cheese(nie wiem z czym to miało współgrać...) 
  • fasokla szparagowa w śmietanowo-serowym sosie, 
  • sosy ciemne, 
  • masło, 
  • chleb kukurydziany, ciabatta (WTF?), suche pieczywo z kminkiem, 
  • żurawina w żelu... hmmm. 
Po dinnerze:
  1. Chatting.
  2. Deser:
  • cheesecake,
  • tort czekoladowy,
  • pumpkin pie,
  • ciasteczka,
  • rolada czekoladowa(?)
Następnie nastał czas na rozmowę polityczną na temat imigrantów i płacenia za ich opiekę zdrowotną, czyli typowe zderzenie demokratów i republikan
A potem już w sumie było sprzątanie i 9pm.

Powiem szczerze, że uznaję ten dzień za pełen wrażeń...

UP TO DATE

Co nowego...

Jesień niestety już przeminęła i aura od mojego przyjazdu zmieniła się z takiej:


Na taką...


Nie narzekam, ale... ZAMARZAM!

Wiem, że jest 29.11, dzień po Thanksgiving czyli Black Friday i powinnam być po dzikich zakupach z kurtką puchową w garści.

Mimo to byłam na Black Friday ze znajomymi i proszę co uwieczniłam:



NIGHTMARE! 
Ludzi od groma, nie dało się przejść! A prawda jest taka, że jeśli zaoszczędza na produktach 100$ to mogą sobie pogratulować. Samochodów na parkingach jest tyle, że nie ma miejsca dla ludzi, a ich właściciele przelewają się przez sklepy z siłą rakiet odrzutowych. Karty kredytowe, pieniądze, kupony latają wszędzie. Toalety pozapychane, narodowości tysiące, a ja tylko stałam i przyglądałam się tym ludziom... A na ich twarzach wymalowany był SZAŁ.

I jeśli mi ktoś jeszcze raz powie, że "you can used to this", to chyba wybuchnę śmiechem.



czwartek, 13 listopada 2014

Amerykańskie habits...

Od razu napiszę, że jest tego sporo...
wyszczególnie w punktach co mnie najbardziej szokuje:

  1. Jedzenie... na to właściwie przydałby się osobny post... tak też uczynię.
  2. Opakowania plastikowe!
  3. Używają ich na potęgę! Idziesz do sklepu, kupujesz 30 produktów, wychodzisz z 15 siatkami... O.o Ale! najważniejsze, że segregują butelki plastikowe! -.-
  4. Śmieci... Liczyć je można w tonach. Po co używać szklanych (regularnych) talerzy skoro można wziąć kartonowy i go potem wyrzucić? 
  5. Pieniądze. Są dwa razy większe niż w Polsce- mając 10 $ w papierkach czujesz się jak bogacz z bilonem w ręce.
  6. Odległości- nie da się tu nigdzie dojść piechotą- znaczy może się da jeśli ktoś mieszka w centrum miasta no, ale mi się trafiły przedmieścia- jest tu ślicznie, cud miód i wgl, ale sklep jest z 10 mil dalej więc na pieszą wycieczkę się nie wybieram.
  7. Busy! Wszyscy są zajęci, noszą często buty w domu, bo za chwilę gdzieś wychodzą...
  8. Elektryczność/elektronika itp. WSZĘDOBYLSKA! mam...ok 20 gniazdek przy czym mój pokój ma max. 20/30 m^2
  9. Plastikowe pojemniczki - są wszędzie! Każdy ich używa- lodówka się od nich roi!
  10. Ludzie od wszystkiego- może nie wszędzie tak jest, ale : sprzątaczka, ogrodnik, designer, człowiek od wody,basenu, czyszczenia, okien, anything... Ale z drugiej strony daj sobie radę z takim domem w pojedynkę- impossible.
  11. Wielkość- wszystko jest tu z trzy razy większe- szampon, lampka nocna, łyżeczka do herbaty...
Jak coś mi się przypomni to po prostu dodam do listy...

środa, 12 listopada 2014

Pierwsze wrażenia...

Moja rodzinka jest mega super i ich wszystkich kocham!
Ogólnie to nie mogę się jeszcze przyzwyczaić do mojego planu dnia, bo się ciągle zmienia...
Nie mam jeszcze mojego schedule, ale pod koniec tygodnia mam go dostać.
Opiekuję się głównie małą dwulatką, więc nie ma tu dużej filozofii... codzienna rutyna.

Póki co to byłam tylko raz w NYC na tripie z innymi au pairs and that's it!
Jestem tu od piątku i dzieje się tu tyyyle,że nie ogarniam...
Jest tu wiele ichniejszych przyzwyczajeń, które są (przynajmniej dla mnie) nowe.