piątek, 27 marca 2015

You are more precious than heaven and earth. What more can I say? You don't know your own worth.

W tym poście napiszę trochę o Osho.

Osho był, że tak powiem indyjskim mędrcem.
O jego biografii nie będę się zbytnio rozpisywać, bo nie uważam tego za bardzo konieczne. Przytoczę jednak jeden cytat, który bardzo zapada w pamięć...

"Nigdy nie żyłem w celibacie. Jeśli ludzie w to wierzą, jest to tylko ich głupota. Zawsze kochałem kobiety – możliwe, że kobiety bardziej niż kogokolwiek innego. Spójrzcie na moją brodę: zrobiła się siwa tak szybko, bo żyłem tak intensywnie, że skompresowałem w pięćdziesięciu, prawie dwieście lat życia.

Osho nie powie Ci jak żyć, ale jak znaleźć sens życia. To jest tak jakby całe życie być wiewiórką i udawać, że jest się sarną.
Niemożliwe, a jednak wielu ludzi to robi. Sama się na tym łapię dość często, ale na tym polega to życie.
Co dzień wstaje nowy dzień abyś mógł się czegoś nowego nauczyć, przeżyć, doświadczyć. Wystarczy szerzej otworzyć oczy.
Pracuję teraz z dziećmi. Możesz wierzyć lub nie, ale to wbrew pozorom wiele uczy.
Jest to nudne, nie powiem, czasem bardzo, ale uczy wytrwałości.
Dzieci robią to na co mają ochotę. Dorośli robią to co powinni lub wydaje im się, że powinni.
Każdego dnia staram się robić to na co mam ochotę. Nie zależnie czy jest to czytanie książki, bieganie, czy leżenie na łóżku i nic nie robienie.
System, w którym żyjemy zakłada, że należy ciągle być w biegu, kształcić się, nie dawać za wygraną.

A ja mówię:
LET IT GO!

Daj sobie czas. Studia studiami, praca pracą, ale życie masz tylko jedno. 
Baw się, ciesz jak tylko możesz, idź za głosem swojego SERCA.
Bierz ile się da, bo może nie być jutra.
Otwieraj się coraz bardziej do czasu aż uznasz, że jesteś dokończony.
Takiego uczucia chciałabym doświadczyć i takiego Tobie życzę.

A póki co, jeśli nie wiesz od czego zacząć, poczytaj sobie Osho lub po prostu usiądź i nie myśl o niczym.

"Natura doszła do punktu, w którym, jeśli nie podejmiesz osobistej odpowiedzialności, nie możesz dalej wzrastać. Nic ponadto natura uczynić nie może. Zrobiła wystarczająco dużo. Dała ci życie, dała ci okazję; teraz to, jak z niej skorzystać, pozostawiła tobie.

poniedziałek, 2 marca 2015

Zouk

Mówię, że tańczę ale nigdy nie wytłumaczyłam co dokładnie... 

Zouk jest to taniec karaibski, który wg Wikipedii zyskał popularność w latach 80-tych.
Ogólnie rzecz biorąc jest to styl, taniec, muzyka... jest mieszaniną reggae i calypso z dodatkiem wpływów muzyki amerykańskiej.

Sam taniec jest nazywany "sensual", co oznacza, że tańczy się go bardzo blisko. Dużo w nim wdzięku i gracji. Co ważne - nie polega on na przyklejeniu się do partnera ale na świadomym, pewnym wykonywaniu ruchów :) Nie można się tu zbytnio spinać, bo często występują tu body waves. Trzeba być świadomym swojego ciała. Każdy krok wychodzi się z bioder.

No ale! Dam przykład!




Jeżdżenie bez biletu...

Post poświęcony jeżdżeniu kolejami MTA w stanie NY.

Przez pierwsze 2 miesiące jeździłam jak na porządnego obywatela przystało z zakupionym biletem "both ways" do Grand Central Station i z powrotem do Katonah. Bilet taki kosztował mnie ok. 20$.
Zakładając, że chciałam pojechać w sobotę, wrócić i pojechać w niedzielę kosztowałoby mnie to 40$.

Nie chodzi tu o to, że jestem skąpa czy coś, ale wyobraź sobie sytuację, że nie musisz płacić za bilet, a to robisz... tragedia.

Tak więc, zapytałam mojego hosta, który pracuje w Nowym Jorku i oczywiście posiada bilet miesięczny czy by mi go nie pożyczył... zgodził się.
Problem jest taki, że bilety miesięczne mają zaznaczoną płeć osoby, która bilet kupiła. Zaznaczę, że nie wyglądam na mężczyznę...

Postanowiłam więc jak na zmyślnego Polaka przystało coś wykombinować. Z pomocą przyszła mi genialna Paula (koleżanka).
Dodam, że bilety jednorazowe, które kupowałam wcześniej nie mają zaznaczonej płci więc każdy może z nich korzystać.
Wracając do sedna... Paula wymyśliła,że mogę pytać gości na stacji czy nie chcieliby się ze mną wymienić na bilety na ok. 5 minut do czasu kiedy konduktor sprawdzi bilety i potem odmienić.

Tak też parę razy uczyniłam, jednak potem postanowiłam, że spróbuję na chama pokazywać bilet hosta zasłaniając haniebną literkę "M" (czyt. male-mężczyzna).

Guess what!!!
I did it!

Od pewnego czasu to robię i póki co nikt mnie na tym nie złapał.
Teoretycznie jeśli by się to stało to konduktor mógłby zabrać mi bilet mojego hosta kosztujący ponad 300 $, ale bądźmy dobrej myśli :)
Noszę jednorazowy bilet ze sobą więc w razie czego mam ubezpieczenie... 

Także Polakiem jesteś i nic co polskie nie jest ci obce :)
Najważniejsze nie dać się złapać...


Zapukałam...

Nie chodzę jednak na angielski w tygodniu...
Ale nic straconego :)
Zapisałam się na TOEFL preparation i wycieczkę do Montrealu...
TOEFL się przyda jeśli pewnego dnia postanowię zacząć studia, a wizyta w Montrealu... Chyba nie muszę tłumaczyć...
Minus jest taki, że przepadną mi warsztaty taneczne w marcu, które odbędą się w weekend... czyli w czasie kiedy będę się uczyć :/
Plusem jest to, że na początku maja będę DONE! żadnych więcej kursów, tylko podróże ^^

Ale cóż. Jeszcze się na takie zajęcia wybiorę :)
Postanowiłam też zmienić nieco sens mojego bloga, bo już wiem, że licznik mojego pobytu w Stanach się zwiększy... na pewno o rok.

A potem?
Jeszcze nie wiem, ale pomysłów mam mnóstwo.

Od ostatniego posta nieco ruszyłam z nowościami :
  • zaczęłam chodzić na siłownie ... w sumie głównie ćwiczę jogę i "kick boxing" (nie do końca wygląda to tak jak sobie można wyobrazić),
  • kupiłam bilety na Puerto Rico!!! lecę 10 kwietnia,
  • mam w planie kupić aparat... robie dead line do trzech tygodni...
  • zaczęłam się uczyć hiszpańskiego,
  • chodzę na zajęcia z zouku w soboty,
  • czekam na wiosnę...
  • chcę przedłużyć pobyt tu i polecieć do Californii,
  • będę zdawać test na nowojorskie prawo jazdy...
Nie wiem czy mogę coś jeszcze dodać, ale to chyba mój ostatni post typu bla bla... Postaram się dodawać coś z "życia wzięte :D

środa, 14 stycznia 2015

odpukać w niemalowane

Wszystko mi wychodzi!

Nie wiem jak to się dzieję, ale co bym nie robiła to wychodzi na moje...
W sensie, że jestem zadowolona.
Jutro zaczynam kurs angielskiego. Mega się cieszę, bo początkowo miałam się uczyć w soboty. 
Nie powiem żeby mnie ten pomysł cieszył, bo 12 weekendów by mi przepadło...
Ale! Dzięki Bogu znalazłam kogoś komu chce się ze mną jeździć 3 razy w tygodniu do miasta położonego za daleko abym mogła sama tam jeździć.
Więc przemęczę w tygodniu, ale będę miała wolne weekendy
!!!

Życie jest piękne.

To tylko jeden z moich sukcesów, ale ogólnie wszystko się dzieje tak jak powinno.
A wyznacznikiem tego jest to, że jestem zadowolona! :D

wtorek, 6 stycznia 2015

Dziękuję...

Ten post będzie bardziej na temat... niedotyczący konkretnie tego jak spędzam tu czas etc., ale o tym co nadaje temu sens.

Spojrzałam na wcześniejsze posty, które publikowałam. 2 miesiące, ale zaczynam mieć inne spojrzenie.
Krytyka, która przeważała w moich wpisach aż mnie przeraziła. No bo dlaczego komentować innych?
Mogę się nie zgadzać z czymś, ale w sumie po co to komentować czy rozmyślać na ten temat?
Dla każdego cudze zachowania, tradycje mogą być dziwne, inne. 
Tylko niepotrzebnie, skoro i tak nikomu z tego nic nie przyjdzie. Moje wypociny nie zmienią niczego w tej sytuacji. Jedyną osobą poszkodowaną jestem w tym przypadku ja.
Całą frustrację przekładam na sprawy, które mnie w ogóle nie dotyczą. 

Można pomyśleć, że jest to obserwacja to nauka na cudzych błędach... dostrzeganie dobra i zła, ale tak naprawdę najwięcej dowiesz się jeśli zaczniesz obserwować siebie a nie innych.

Co lubisz? Pop, bo wszyscy tego słuchają?
Czego nie lubisz? Szpinaku, bo nikt go nie je?

Nie dowiesz się tego od innych. To możesz dowiedzieć się od siebie.

Zintegruj się ze sobą.




PS. Dziękuję... wszystkim możliwym powodom, które pozwoliły mi o tym pomyśleć.
I dlatego cieszę się, że tu jestem.

Święta, święta i po świętach...

To już drugi miesiąc jak tu jestem... A pomyśleć, że niedawno przyleciałam. Jak już wspominałam czas leci tu niemiłosiernie szybko, więc brak posta przez ostatnie parę tygodni nie jest czymś (przynajmniej dla mnie) zaskakującym. 

Co się działo?
  • przeżyłam amerykańskie święta :) było całkiem uroczo. Dużooooooooo prezentów- to fakt, ale poza tym cała rodzina się spotyka i jest naprawdę miło. Także złe nastawienie mogę uznać za coś niepotrzebnego. I zobaczyłam Świętego mikołaja!

  • Zrobiłam barszcz z uszkami więc święta pełną parą :)

  • A potem rodzinka pojechała na wakacje, co oznacza? Week off!!
  • Pojechałam do Philladelfii

  • spędziłam sylwestra w Ocean City (New Jersey)

A dzisiaj znów zaczynam kolejny dzień pracy...
Jestem za to zmotywowana jeszcze bardziej do przeżycia nie tylko tego dnia, miesiąca, roku, ale całego życia jako przygodę
Zobaczymy co los przyniesie :)
Najważniejsze to iść z uśmiechem i uczuciem zadowolenia przez życie!

sobota, 13 grudnia 2014

Amerykańskie Christmas

Zaczynam się zastanawiać co stało się z tym duchem amerykańskich świąt, gdzie cała rodzina spędza wspólnie czas w domu przy choince czytając opowiadania o kochanym Santa Claus...

...

Chyba odjechał swoim tirem z coca-colą daleko na biegun północny i nie ma zamiaru wracać zbyt szybko.
A dziewczynka w oknie czeka.

Nie przesadzę mówiąc, że w tutejszych świętach chodzi głównie o prezenty. Kupione szybko, na amazonie w parę minut, odhaczone z check list.
Done.
That's it.

Ponadto mają wszystko więc nie wiedzą jakie prezenty sobie kupować.

Wyścigi w strojeniu domów, wolontariat uprawiany w Westchester polegający na pokazaniu swojej hojności w momencie, kiedy widzisz jak w domach jedzenie jest wyrzucane, a kurtka kupiona (NA PRZECENIE) kosztująca (juz po) 900$ jest tematem dnia... 
Seriously?

Dla porównania z tym z czym mi kojarzą się święta:
  • roraty, lampiony, czas oczekiwania.
  • kalendarz adwentowy (tu też jest, tylko polega to na wcinaniu czekoladek do czasu prezentów),
  • choinka ubierana możliwie przed świętami (tu ubierana tydzień/dwa po święcie zmarłych -SPROSTOWANIE- po Halloween),
  • karp, barszcz i uszka!!! (krab- nie żartuję),
  • pasterka (nocka Santa Clausa),
  • Pierwszy dzień świąt- bigos, prezenty (TU: prezenty),
  • śnieg ( 0 śniegu- nie ich wina, ale cóż....),
  • Ferie zimowe- sanki, odpoczynek (TU: wylot na wyspy koło Meksyku... nie żeby coś),

Ale teraz o fajnych akcentach.
Elf on the shelf.
U mnie z trójki chłopców tylko jeden w niego wierzy.
Nie powiem, ma to swój urok.
Elf codziennie zmienia miejsce, patrzy, słucha po to, żeby potem o wszystkim opowiedzieć Świętemu Mikołajowi. Nasz nazywa się Joy.
Nie wolno go dotykać, bo straci magiczną moc, każda rodzina ma innego, ale wszystkie zachowują się tak samo.

Mały szkopuł. Pytam dziecko:
Ja: A skąd go macie? 
Dziecko: No jak to skąd? Ze sklepu.
Ja: I każdy tak działa?

Dziecko: Najpierw musisz podpisać umowę z Mikołajem, a potem działa.


Jedyne co mnie zdziwiło to ten sklep. Ale to już mój problem.
Ogólnie przed świętami wygląda tu całkiem przyjemnie.

W mieście wygląda tak:

A teraz przygotujcie się na totalny amerykański kicz...


....


gotowi???

Tak......
Mikołaj, elfy, palmy, choinki ze sztucznym śniegiem i MENORA.

Ludzie, nie bądźcie rasistami!
koszmar... zero wyczucia or whatever.
no i lodowisko za oknem.
A parę minut wcześniej tańczyli twista rodzinnie zaraz obok okien.

Dla mnie bomba. Robię zdjęcia i dobrze się dzięki nim bawię :D



A na koniec coś strasznego...



NUTCRACKERS!!!!!!!!!!!!!
Straszne ozdoby stawiane na schodach... 
Tragedia.
Prawie jak krasnale w ogrodach.

I JUST DON'T GET IT.

wtorek, 2 grudnia 2014

Bar-mitzvah

Zatytułowałam ten post "Bar-mitzvah" zgodnie z nazwą tej uroczystości, ale zastanawiam się czy nie lepiej byłoby napisać "wielkie party w stylu Westchester...

Ponad 200 osób, wielgachny, ogrzewany namiot, DJ`e, kucharze, barmani, kelnerzy, popcorn, wata cukrowa, krewetki, przekąski, zakąski, główne dania, desery... standing/sitting party, fotografowie, wszystko zrobione w stylu football`owym, prezenty dla gości, osobne łazienki na zewnątrz...

TOO MUCH.

Było super, nie powiem, ale to impreza dla 13-stolatka. Pewnie gdybym ja była na jego miejscu byłabym wniebowzięta.
Tak mi się przypomniały podczas tej imprezy moje 13-ste urodziny.
10 znajomych ze szkoły, tort, pizza. Dla mnie były to najlepsze urodziny na świecie.
Nie, chyba jednak pozostaję przy kameralnych przyjęciach.

Ale żeby nie być gołosłowną dodam z jedno/dwa zdjęcia. Jakość słaba, robione z ukrycia tajne/poufne,ale zawsze!




Dziś zdałam sobie sprawę, że mój prezent w postaci karty podarunkowej do kina chyba zniknie w tłumie cash`u, który solenizant dostał od rodziny/przyjaciół. Nevermind.
A właśnie! Odnośnie giftów. Sytuacja przedstawia się tak, że każdy na kartce urodzinowej podpisuje się pod życzeniami (oczywiście fabrycznie wydrukowanymi) i na dole wpisuje kwotę jaką umieścił w kartce. 

Co by tu jeszcze dodać...
Ogólnie bar mitzvah to przyjęcie organizowane z okazji 13-stych urodzin w rodzinach żydowskich. Chłopcy stają się po raz pierwszy "dorośli". Czekają tylko na 18-stkę. Dziewczynki mają Bat mitzvah. Dzień rozpoczyna się ceremonią w synagodze, gdzie chłopiec czyta, śpiewa wersety z Tory. Czasem pomaga mu w rym rabin. Rabin uzupełniany jest przez kantora, który śpiewa religijne pieśni. 

Bardzo piękna ceremonia pełna śpiewów i języka hebrajskiego. Mimo, że nie rozumiałam słów, było to bardzo ciekawe doświadczenie.

1.12...

Jest już pierwszy grudnia...
Właśnie do mnie doszło, że ten czas tu nie pędzi, ale ma jakieś turbo doładowanie!

Może nie minął jeszcze pełen miesiąc od mojego przyjazdu mimo to czuję,że chce podsumować to co do tej pory zrobiłam tutaj.

  1. Byłam na meczu amerykańskiego football`u i na TAILGATING (wytłumaczę co to potem).
  2. Odwiedziłam parę razy NYC.
  3. Zaczęłam uczyć się bachaty i zouku.
  4. Nauczyłam się korzystać z automatycznej skrzyni biegów.
  5. Przeżyłam spotkanie z LCC i pierwszy meeting z innymi au pair.
  6. Straciłam 250 $ przez internet.
  7. Poznałam główne drogi prowadzące do najbliższych miast.
  8. Byłam na Bar-mitzvah najstarszego z chłopców.
  9. Brałam udział w Thanksgiving i paradzie nowojorskiej z tej okazji.
  10. Wzięłam udział w Black Friday! szaleństwo.
  11. Straciłam poczucie czasu (patrz tytuł)
  12. Odkryłam, że oprócz Black Friday istnieje coś takiego jak Cyber Monday.
  13. Zapisałam się na kurs angielskiego.
  14. Przełamałam parę stereotypów.
  15. Byłam na lodowisku obok Rockefeller Center.
  16. Zjadłam dobre pierogi na Brooklynie.
  17. Poznałam parę wartościowych ludzi.

sobota, 29 listopada 2014

Thanksgiving

Szczelę drugiego posta, a co.
Naprawili mi internety po 2 tygodniach to mogę poszaleć.

Chciałam trochę napisać o tym charakterystycznym święcie obchodzonym co roku w listopadzie przez rzeszę Amerykan w Junajted Stejts of aMurika.
Nie wdając się w szczegóły chodzi o to, że kiedy pierwsi koloniści przypłyneli do Ameryki, nie mieli co jeść, a Indianie jako dobrzy ludzie pomogli im przeżyć. Z tego powodu co roku dziękują za pomoc uzyskaną przez dobrodusznych tubylców. Dzieje się to w każdy czwarty czwartek listopada.

Ale przejdźmy do rzeczy, czyli obecnego świętowania Dnia Dziękczynienia.
Każdego roku w NYC organizowana jest parada z tej okazji. Głównym jej sponsorem jest WIELKA firma Macy's, w której można kupić wszystko. 
Parada przechodzi przez całe miasto, wybrane ulice są zamknięte (trasa jest zmieniana co roku), ludzie tłoczą się przy bramkach, żeby zobaczyć platformy, wielkie balony postaci z kreskówek, filmów, marek firm(głównie Macy's). Jest zimno, Starbucks jest zatłoczony, na ulicach nie wsadzisz szpilki, a jeśli umówisz się z kimś na jakiejś ulicy to musisz określić po jakiej stronie stoisz, bo przed drogę wytyczoną dla parady przejść nie wolno. Trzeba skorzystać z subway, albo wykazać się umiejętnościami teleportacji.
Cała impreza trwa ok 3h (od 9 am do 12.30 pm).
Warto iść, ale większość Amerykan na to nie przychodzi, ponieważ:
  1. Uważają, że to dla turystów.
  2. Lepiej widać w telewizji.
Ja zaliczam się do turystów, więc OCZYWIŚCIE BYŁAM.
A oto parę zdjęć z tej uroczystości:






Widzicie te tłumy??? NIESAMOWITE.

No a potem udałam się na święto Dziękczynienia z moją rodzinką.
Pewnie w każdym Amerykańskim domu jest nieco inaczej, ale opiszę jak było u mnie.

  1. Posiadówa, chatting, kręcenie się pod nogami.
  2. Akward family pictures.
  3. Dinner- i tu uwaga-
  • indyk pokrojony na plastry,
  • zapiekane ziemniaki z marshmallows`ami, 
  • kawałki chleba z mięsem i cebulą... 
  • marchewka, cukinia i pieczarki - wszystko zmarynowane(masakra), 
  • słodkie ziemniaki... 
  • sałata z żurawiną, 
  • cottege cheese(nie wiem z czym to miało współgrać...) 
  • fasokla szparagowa w śmietanowo-serowym sosie, 
  • sosy ciemne, 
  • masło, 
  • chleb kukurydziany, ciabatta (WTF?), suche pieczywo z kminkiem, 
  • żurawina w żelu... hmmm. 
Po dinnerze:
  1. Chatting.
  2. Deser:
  • cheesecake,
  • tort czekoladowy,
  • pumpkin pie,
  • ciasteczka,
  • rolada czekoladowa(?)
Następnie nastał czas na rozmowę polityczną na temat imigrantów i płacenia za ich opiekę zdrowotną, czyli typowe zderzenie demokratów i republikan
A potem już w sumie było sprzątanie i 9pm.

Powiem szczerze, że uznaję ten dzień za pełen wrażeń...

UP TO DATE

Co nowego...

Jesień niestety już przeminęła i aura od mojego przyjazdu zmieniła się z takiej:


Na taką...


Nie narzekam, ale... ZAMARZAM!

Wiem, że jest 29.11, dzień po Thanksgiving czyli Black Friday i powinnam być po dzikich zakupach z kurtką puchową w garści.

Mimo to byłam na Black Friday ze znajomymi i proszę co uwieczniłam:



NIGHTMARE! 
Ludzi od groma, nie dało się przejść! A prawda jest taka, że jeśli zaoszczędza na produktach 100$ to mogą sobie pogratulować. Samochodów na parkingach jest tyle, że nie ma miejsca dla ludzi, a ich właściciele przelewają się przez sklepy z siłą rakiet odrzutowych. Karty kredytowe, pieniądze, kupony latają wszędzie. Toalety pozapychane, narodowości tysiące, a ja tylko stałam i przyglądałam się tym ludziom... A na ich twarzach wymalowany był SZAŁ.

I jeśli mi ktoś jeszcze raz powie, że "you can used to this", to chyba wybuchnę śmiechem.



czwartek, 13 listopada 2014

Amerykańskie habits...

Od razu napiszę, że jest tego sporo...
wyszczególnie w punktach co mnie najbardziej szokuje:

  1. Jedzenie... na to właściwie przydałby się osobny post... tak też uczynię.
  2. Opakowania plastikowe!
  3. Używają ich na potęgę! Idziesz do sklepu, kupujesz 30 produktów, wychodzisz z 15 siatkami... O.o Ale! najważniejsze, że segregują butelki plastikowe! -.-
  4. Śmieci... Liczyć je można w tonach. Po co używać szklanych (regularnych) talerzy skoro można wziąć kartonowy i go potem wyrzucić? 
  5. Pieniądze. Są dwa razy większe niż w Polsce- mając 10 $ w papierkach czujesz się jak bogacz z bilonem w ręce.
  6. Odległości- nie da się tu nigdzie dojść piechotą- znaczy może się da jeśli ktoś mieszka w centrum miasta no, ale mi się trafiły przedmieścia- jest tu ślicznie, cud miód i wgl, ale sklep jest z 10 mil dalej więc na pieszą wycieczkę się nie wybieram.
  7. Busy! Wszyscy są zajęci, noszą często buty w domu, bo za chwilę gdzieś wychodzą...
  8. Elektryczność/elektronika itp. WSZĘDOBYLSKA! mam...ok 20 gniazdek przy czym mój pokój ma max. 20/30 m^2
  9. Plastikowe pojemniczki - są wszędzie! Każdy ich używa- lodówka się od nich roi!
  10. Ludzie od wszystkiego- może nie wszędzie tak jest, ale : sprzątaczka, ogrodnik, designer, człowiek od wody,basenu, czyszczenia, okien, anything... Ale z drugiej strony daj sobie radę z takim domem w pojedynkę- impossible.
  11. Wielkość- wszystko jest tu z trzy razy większe- szampon, lampka nocna, łyżeczka do herbaty...
Jak coś mi się przypomni to po prostu dodam do listy...

środa, 12 listopada 2014

Pierwsze wrażenia...

Moja rodzinka jest mega super i ich wszystkich kocham!
Ogólnie to nie mogę się jeszcze przyzwyczaić do mojego planu dnia, bo się ciągle zmienia...
Nie mam jeszcze mojego schedule, ale pod koniec tygodnia mam go dostać.
Opiekuję się głównie małą dwulatką, więc nie ma tu dużej filozofii... codzienna rutyna.

Póki co to byłam tylko raz w NYC na tripie z innymi au pairs and that's it!
Jestem tu od piątku i dzieje się tu tyyyle,że nie ogarniam...
Jest tu wiele ichniejszych przyzwyczajeń, które są (przynajmniej dla mnie) nowe.